Rozdział 3 - "Zaczynając nowe życie" >> czwartek, 27 marca 2008 16:10:01
Wodnisty tunel zwężał się szybko. Pod nim na całej podłodze znajdowała się szkarłatna ciecz. Do pokoju wpadł nagle wysoki mężczyzna o ziemistej cerze. Jego oczom ukazała się już tylko mała niebiesko-srebrna dziurka, która po ułamku sekundy cicho pyknęła i znikła w nicości. Przystojny młodzieniec zaklął cicho pod nosem i rozejrzał się po pomieszczeniu. Długie czarne i proste włosy, które opadały na plecy kontrastowały z mleczną cerą. Bystre, lecz pozbawione życia, złote oczy badały plamy krwi na drewnie. Mężczyzna uklęknął, przdtem zadzierając długi, czarny płaszcz do tyłu, by go nie ubrudzić. Wytknął dwa długie palce i przejechał nimi po podłodze. Gdy je podniósł przyjrzał się i powąchał ciecz znajdującą się teraz na skórze. Następnie wytarł rękę w swoją garderobę i podniósł się. Białe już palce zaczęły kreślić w powietrzu koła i inne znaki, a sam sprawca zaczął mruczeć pod nosem jakieś słowa. W powietrzu zaczął szybko pojawiać się czarny krąg, który powiększał się z każdą sekundą. Gdy był już wystarczająco duży, brunet wskoczył w czarne czeluście i krąg na powrót stawał się coraz mniejszy, aż z cichym pyknięciem znikł.
Pewien szesnastoletni chłopak wraz z rudowłosą kobietą lecieli w błękitnej nicości. Niebiesko-szare tło okalające ich ciała pokazywało zamazane obrazy migające przed oczami. Po chwili na końcu tunelu pojawiło się jasne światełko które w zastraszającym tempie powiększało się. Oślepiające światło teraz okryło dwie postacie całkowicie. Marcus zamknął oczy, a gdy otworzył je po chwili, zobaczył wokół siebie pełno zieleni. Uśmiechnął się do siebie na ten widok i rozejrzał dokładniej. Rudowłosa i brunet znajdowali się na jakiejś sporych rozmiarów polanie. Wokół niej rósł również spory las. Na niebie nie było jednej chmurki, a słońce świeciło mocno nad ich głowami.
- Chodź - Marcus stwierdził, że o dziwo siedzi na trawie, a nad nim pojawiła się twarz kobiety zasłaniając słońce. Marcus chwycił delikatną, lecz całkiem silną rękę i wstał. - Letycja Blair - powiedziała kobieta wciąż trzymając rękę bruneta.
- Marcus Mably - przedstawił się dla formalności chłopak i również delikatnie się uśmiechnął. - Może mi pani powiedzieć... skąd pani znała moich rodziców? - Marcus odezwał się po chwili ciszy. To pytanie kołatało się w jego głowie odkąd poznał rudowłosą, twierdzącą o znajomości pary królewskiej. Chłopak przypomniał sobie o liście, lecz postanowił przeczytać go później, gdyż uznał za nieodpowiednie w tej chwili ignorowanie kobiety. Letycja spojrzała na chłopaka i uśmiechnęła się smutno.
- Razem z mężem byliśmy przyjaciółmi pary królewskiej. Od najmłodszych lat znaliśmy się, mieszkaliśmy na dworze królewskim. Byłam w pewnym stopniu spokrewniona z twoim ojcem. Był moim daleki kuzynem, a odkąd przywitaliśmy świat planowano nasz ślub. Sprawy jednak potoczyły się inaczej i na szczęście mogliśmy stworzyć osobne pary. Z twoją mamą byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami. Dlatego później, gdy przyszedłeś na świat, Irene poprosiła mnie bym została twoją matką chrzestną. Zgodziłam się bez wahania oczywiście. Mój mąż, był twoim ojcem chrzestnym. Przysięgliśmy sprawować opiekę nad tobą gdyby Filipowi i Irene coś się stało... - mówiła Letycja nie patrząc na chłopaka. Jej wzrok błądził gdzieś nad nimi w niebieskiej przestrzeni. Marcus słysząc słowa rudowłosej nie wiedział co myśleć. Czuł ciągle pustkę po stracie najbliższych mu osób. To co się działo wokół niego, było jak koszmar, który zabiera mu sen z powiek. Pomyślał o młodszej siostrze. Miała zaledwie dwanaście lat. Nie miała nawet szansy na poznanie tego, co Marcus i ich rodzice, nawet w najmniejszym stopniu. Z drugiej jednak strony dodawał sobie sił myślą o zemście na wszystkich tych, którzy dopuścili się tej zbrodni na jego rodzinie. Postanowił uratować małą i tak zrobi. W jego oczach nie było już strachu, była siła, która biła od niego na wszystkie strony.
Marcus przypomniał sobie o liście spoczywającym w jego kieszeni. Od kilku minut dwójka szła w ciszy, więc chłopak korzystając z okazji, pośpiesznie wsunął rękę pod materiał spodni. Poczuł szorstki papier muskający jego palce. Wyjął kartkę i rozłożył. Oczy zaczęły łapczywie pożerać każde słowo zapisane równym pismem na papierze.
Droga Letycjo! 24.10.2003r.
Chciałabym pisać ten krótki list do Ciebie z powodów miłych naszym sercom, lecz teraz nie jest to możliwe.
Za tydzień mija piętnastolecie Bitwy Demonów, a nasze zaklęcia ochronne przestaną działać. Wierzę, że Diatribia pokazała swoje możliwości tym ohydnym stworom i wygoniliście ich z naszej kochanej krainy. Dla mnie i dla Filipa nie ma już szans, lecz dla dzieci owszem. Proszę, zbierz Tuzin Królewski i przybądźcie, by zabrać dziedzica.
Jest mi przykro, że po tylu latach mój list jest tak krótki i zawiera taką treść. Mam nadzieję, że Rafael i mały Alan mają się dobrze, a Diatribia rozkwita na nowo.
Chroniłam naszą krainę jak tylko mogłam, lecz po przejściu portalu moja moc osłabła.
Są to zapewne ostatnie słowa jakie kieruję do Ciebie, ale wiedz, że przez ten cały czas gościłaś razem z naszym domem w moich myślach.
Żegnaj
Twoja kochana Irene.
W oczach bruneta zaszkliły się łzy. Przez jego głowę przemknęła jak piorun myśl, że co raz bardziej się rozkleja, lecz po chwili nastrój jaki udzielił się chłopakowi po przeczytaniu listu wrócił. Letycja rzeczywiście musiała być przyjaciółką jego mamy. Znał to pismo bardzo dobrze. Wspomnienia migały przed oczami chłopaka. Spojrzał jeszcze raz na list. Na całej treści było mnóstwo kleksów i rozmazań. Nadawca widocznie nie panował nad emocjami. Więc przedwczesna śmierć jego rodziców była nieunikniona. Od dawna na rodzinie królewskiej wisiało widmo groźby i zagrożenia, lecz teraz było ono jeszcze większe. Jakby tego wszystkiego było mało, ostatni potomek i dziedzic korony był w śmiertelnym zagrożeniu i to właśnie ON miał stawić czoła śmierci. W rękach szesnastolatka leżała przyszłość tej magicznej krainy jaką jest Diatribia, a możliwe, że innych również. Diatribia bowiem nie była jedyną magiczną krainą w tym świecie. Świat magów był podzielony na cztery żywioły które były podstawą magii. Diatribia należała do czarodziejów, a oni należą do Matki Ziemi dającej schronienie i pożywienie. Marcus przypomniał sobie jedną z lekcji jego taty, który opowiadał mu o ich świecie.
W głębi wulkanu Feniksa żyli mauryci, których ukochanym żywiołem był porywczy i nieprzewidywalny ogień. Woda natomiast znalazła umiłowanie na Aquainsuli u druidów, którzy byli opanowanymi i spokojnymi mędrcami. Wyspa została otoczona potężnymi zaklęciami, jakie znali tylko potężni założyciele magicznych krain i jakie został zapisane w jedynej księdze w świecie czarodziejów. Zwykli śmiertelnicy znają okolice miejsca w którym znajduje się dom druidów pod nazwą Trójkąt Bermudzki. Marcus widział w przeszłości kilka filmów o tematyce tego niesamowitego zjawiska, ale kiedy poznał prawdę o tym miejscu, pozostał mu tylko śmiech. Zaczarowanym Lasem w którym zamieszkiwały piękne elfy rządziło powietrze. Figlarne i nieustępliwe, takie charakterystyczne cechy posiadały piękne stworzenia zamieszkujące owe tereny. Każda kraina odznaczała się innymi cechami, kulturą i stylem życia. Wszystkie cztery rasy wyrobiły swój własny kunszt walki. Krainy magii były pełne sprzeczności, tak jak ich opiekuńcze żywioły. Były jednak od siebie zależne, bo żadne z nich nie mogło trwać bez swoich współbraci. Gdy jeden żywioł się odłączy, wtem wszystkie cztery przestaną istnieć, taka była kolej rzeczy. Nadrzędnym prawem w każdej z krain było zachowanie harmonii danej im wieki temu przez ich przodków, przez cywilizacje która skazana została na śmierć.
Marcus ocknął się z zamyślenia potrząsając nerwowo głową. Na horyzoncie wokół kwitnącej zieleni malował się widok ciemnych głazów. Brunet spojrzał na rudowłosą. Na jej ustach malował się delikatny uśmiech, choć oczy wciąż ziały smutkiem. Chłopak na powrót spojrzał na kawałek papieru, który ściskał w dłoni. Tuzin Królewski.
- Co to jest Tuzin Królewski? I dlaczego tylko ty przybyłaś do naszego domu? - zapytał chłopak przerywając ciszę. Letycja spojrzała na niego swymi złotymi. Kilka małych zmarszczek pojawiło się na nieskazitelnej, jak dotąd twarzy.
- W Diatribii zamieszkiwała kiedyś rodzina królewska, oraz dwanaście szlachetnych rodów. Gdy Król Ludwik Maurycy poległ w walce, młody dwunastoletni Ludwik II wszedł na tron. Wtedy, tuzin hrabiów, przedstawicieli rodów, zebrało się i poprzysięgło bronić młodego władce. Ich potomkowie odnawiali śluby za każdym razem, gdy nowy król dochodził do władzy. Przez ostatnie piętnaście lat panowało w Diatribii bezkrólewie, więc Tuzin Królewski nie mógł istnieć. Wszyscy stracili już nadzieję na powrót dziedzica - na chwilę, łagodny głos przestał dźwięczeć w uszach Marcusa, który spojrzał pytająco na kobietę. W jej oczach zaszkliły się łzy.
Coś sobie przypomniała - pomyślał Marcus. Zastanawiał się jak może dodać otuchy rudowłosej, lecz żadne rozwiązanie nie nawiedzało tym razem jego umysłu. Postanowił w końcu nie owijać w bawełnę, wolał mówić prosto z mostu, nawet jeśli miałoby to kogoś obrazić. Potrafił być szczery do bólu.
- Czy coś się stało? - zapytał uprzejmie. Letycja spojrzała głęboko w niebieską toń w której ujrzała troskę.
- Rafael, mój mąż, był potomkiem jednego z hrabiów i również poprzysiągł twoim rodzicom służbę. Gdy wybuchła Bitwa Demonów Rafael pomógł wam uciec i sam poległ... - jej głos złamał się w tej chwili, Marcus spuścił głowę i znów poczuł jak głowę ogarnia pustka. Był pewien, że mąż kobiety nie był jedynym poległym. Poczucie winy wdzierało się do jego serca, a on sam czuł się coraz gorzej.
Kolejne minuty minęły w milczeniu i na rozmyśleniach dwóch osób. Marcus miał tego wszystkiego od groma w głowie, która powoli zaczynała go boleć.
Zaczęli zbliżać się do kręgu głazów. Były ogromne i czarne. Nie miały specjalnych kształtów, lecz biła od nich dziwna moc. Między nimi, po środku, na zielonej trawie mieścił się jeszcze jeden kamień. Ten jednak był niski, wyglądał jak kamienne łoże. Idealnie oszlifowana bryła, wierzchołki były tak ostre, że Marcus zaczął powątpiewać w moc natury.
Przeszli przez kamienny krąg, a brunet poczuł jak ogarnia go dziwne uczucie. Senność i lekkość zawładnęły jego ciałem, a sam chłopak nie mógł nic począć. Z pytaniem wymalowanym na twarzy spojrzał na rudowłosą.
- C-co... co się dz-dzieje? - jąkał się z trudnością wypluwając słowa. Do jego umysłu coraz mniej rzeczy docierało.
- Połóż się... - chłopak usłyszał ciepły głos, a na ramionach poczuł ciepłe dłonie prowadzące go do idealnej bryły na środku kręgu. Walczył jak mógł z ciężarem powiek, lecz siły szybko z niego parowały. W końcu znalazł się na kamiennym łóżku wokół którego natychmiast pojawił się złoty pył. Bezwładne ciało chłopca uniosło się powoli do góry wciąż będąc w otaczającym zewsząd kręgu złota. Połyskujący proszek wirował coraz szybciej wokół chłopca, aż w końcu zamienił się w dwa pierścienie krążące wokół ciała.
- Marcus! Marcus... - czyjaś dłoń klepała po policzku chłopaka do którego wracała świadomość. Zmysły wyostrzyły się, a mózg zaczął pracować na pełnych obrotach. Brunet otworzył z trudem powieki i natychmiast z powrotem je zamknął. Światło go oślepiało. Ponowił próbę tym razem mrużąc oczy i wstał do siadu prostego. Zobaczył rudowłosą uśmiechającą się do niego i wyciągającą pomocną rękę. Marcus skorzystał i wstał. Rozejrzał się wokoło omiatając wszystko jednym spojrzeniem. Znajdował się na jakiejś wielkiej, drewnianej kładce unoszącej się wysoko w przestrzeni. Niska barierka otaczająca kładkę pozwalała na dostateczne wychylenie się, by sprawdzić to, co znajdowało się pod nią. Marcus z nie lada zdziwieniem stwierdził, że w dole widać tylko obłoczki mlecznych chmur. W jednym z kątów barierki były umieszczone drewniane schody, po prawej stronie również opatrzone barierką. Nad głowami Marcusa i Letycji unosił się ogromnych wielkości głaz, który powiększał się razem z wysokością. Wokół kamienia biegły schodki.
- Gdzie jesteśmy? - wyrwało się Marcusowi, który po dokładnych oględzinach miejsca, zastanawiał się jak tu trafił. Pamiętał tylko złoty pył, a potem ciemność. Letycja spojrzała na niego i skinęła głową na schody.
- Jesteśmy pod Diatribią. Rodzice nie mówili ci, że nasza kraina jest latającą wyspą? - zapytała z lekkim zdziwieniem - Ogromną latającą wyspą - poprawiła się po chwili namysłu i uśmiech zagościł na twarzy obu. Postawiła krok na pierwszy schodek, a młodzieniec poszedł za jej przykładem podciągając plecak, który spadł mu z ramion, miał w nim wszystko.
Na krętych, oplatających skałę schodach wiatr był porywisty, ale do wytrzymania. Po kilku minutach wędrówki przeszli pod jakimś ogromnym półmiskiem, przywierającym do skały. Kamienny półmisek od dołu wyglądał potężnie. Był oszlifowany, dzięki czemu zachował idealne wymiary. Po około kwadransie wędrówki, w którym to Marcus zdążył zobaczyć, że do owego półmiska po którym przechodził, spada wodospad.
Chłopak ujrzał w górze majaczącą złotą bramę. Gdy podszedł bliżej, zauważył nad wejściem oddalone góry i jedną, jedyną, kamienną wierze, nieco bliżej.
Letycja, po raz pierwszy wyciągnęła swoją różdżkę. Była równie czerwona jak jej włosy. Była długa i smukła, lekkie rycia w drewnie dodawały jej uroku. Marcus przypomniał sobie, że na dnie plecaka wiszącego na ramionach, leżały dwie różdżki. Jedna szara, pełna wdzięku, bogato zdobiona. Druga brązowa, z pozoru całkiem zwyczajna. Ale to tylko pozory. Brunet postanowił złożyć obie różdżki w zamku, tak jak robiono to przez tysiąclecia. Nie mógł i nie chciał przywłaszczać sobie tych dowodów magii swoich rodziców. Jego różdżka, którą miał zrobić sam, miała mieć w sobie niezwykłe składniki. Marcus wiedział o niektórych trochę, bo mama go nauczała. Cała jego trzyletnia edukacja wzorowała się przede wszystkim na tekstach w Złotej Księdze. Rodzice chcieli przygotować syna do tego co jest jego przeznaczeniem.
Marcus i Letycja stali na wąskich schodach przed masywną złotą bramą. Po lewej stronie była tylko skała, gdzieniegdzie porośnięta porostami, po prawej stronie jednak było tylko niebo. Bo według Marcus, byli właśnie w niebie. Gdyby się przechylić za barierkę, nic nie było widać w dole oprócz mlecznego pyłu rozlanego nad ziemią. Latająca wyspa musiała być naprawdę bardzo wysoko.
- Jesteśmy na miejscu? - Marcus postanowił się wreszcie odezwać. Bacznie obserwował poczynania rudowłosej. Chciał się dowiedzieć jak najwięcej o tym, co jest za złotą bramą, ale wiedział, że nie jest to odpowiedni moment na zadawanie pytań. Letycja spojrzała na chłopaka zamyślonym wzrokiem. Mrugnęła kilka razy otrząsając się tym samym z letargu.
- Tak, tak... Czekamy na mojego syna, wysłałam mu wiadomość, że już jesteśmy, powinien zaraz się zjawić - powiedziała kobieta nadzwyczaj spokojnie. Marcus zmarszczył brwi zdziwiony.
- Kiedy? - zapytał, myśląc, że pytanie jest jasne.
- Co, kiedy?
- Kiedy wysłałaś wiadomość synowi? - sprostował Marcus patrząc pytająco na rozmówczynie.
- Jak byliśmy na dole... Nie zauważyłeś? - tym razem to Letycją zawładnęło zdziwienie, lecz widząc otępienie w oczach Marcusa, uśmiechnęła się. - Na zerowym poziomie, na tej kładce pod wyspą, jest specjalny kosz. Jest dokładnie ukryty,ale jeśli ktoś wie gdzie szukać nie będzie miał problemu. Bo widzisz, do kosza wrzuca się wiadomość z prośbą o otworzenie wrót. Wysyłasz go do kogo chcesz, ale ten ktoś musi być w mieście, inaczej nie wejdziesz... - mówiła spokojnie, zerkając co jakiś czas na wrota.
- A sama otworzyć ich nie możesz? - zapytał chłopak drążąc sprawę. Wiedział, że ma okazję poznać jedną z iwelu tajemnic magicznej krainy.
- Ano nie mogę. Są to nasze zabezpieczenia przed demonami i wiedźminami. Ten, do kogo wysyłasz wiadomość z prośbą, powinien znać twój charakter pisma, inaczej nie wejdziesz. - W tej chwili złote wrota drgnęły. Wyryte na nich równie złote zwierzęta o dziwo również się poruszyły. Drzwi nie otwierały się tak jak powinny. Zwierzątka zaczęły hasać po całej powierzchni odsuwając się coraz bardziej od środka i pozostawiając, ciągle powiększającą się dziurę. Po chwili wszystkie zwierzątka ustawiły się w szeregu przy obu końcach wrót pozostawiając spore wejście za którym malował się kolorowy krajobraz Diatribii. W wejściu pojawiła się nagle, wychylająca się zza kamiennego rogu, głowa. Roześmiana twarz blondyna, którego złote pasma włosów opadały na czoło. Bystre, równie złote oczy, tak podobne do oczu Letycji, obserwowały przybyszów. Na widok Marcusa twarz blondyna stężała, a oczy zapłonęły złowrogo.
- Witaj - powitał chłopaka Marcus, wyciągając ku niemu dłoń, lekko speszony i zawiedziony spojrzeniem blondyna.
- Marcusie, to jest Alan, mój syn. Alanie, to jest Marcus... - poznała chłopców ze sobą i chciała coś dodać, lecz syn jej przerwał.
- A więc to przez ciebie mój ojciec zginął... - zimny jak lodowy sztylet głos przeszył serce bruneta.
* * *
Wiem, że opisy są kulawe i że z trudnością sobie wyobraziliście to co mam w głowie... albo co gorsza w ogóle nie daliście rady :/ tak wiem... nie jest dobrze z tą notką... następnym razem postaram się bardziej ;) wybaczcie ;) Oraz wiem dobrze, że najczęściej pojawiane się uczucie u moich bohaterów to "zdziwienie"... wiem, nad tym również postaram się popracować ;) dziękuje za wszystkie komentarze, choć wcześniej było więcej ;)
JEŚLI KTOŚ CHCE BYĆ INFORMOWANY O NOWOŚCIACH PROSZĘ O WPIS DO KSIĘGI!!
komentarze [26]Rozdział 2 - "Żegnając rodzinę" >> środa, 12 marca 2008 10:44:35
Promienie słoneczne witały w małym pokoiku przez okienko w jednej ze ścian. Światło, które grasowało po chwili już w całym pomieszczeniu teraz denerwowało budzącego się bruneta leżącego na łóżku. Był dopiero świt, lecz chłopak był wypoczęty. Dni zaczynały się coraz później i coraz wcześniej się kończyły. Niebieskooki spojrzał w ekranik komórki gdzie widniała szósta godzina pierwszego dnia listopada tego roku. Dzień wcześniej brunet obchodził swoje kolejne urodziny. Teraz, Marcus Mably, książę Diatribii miał szesnaście lat. W świecie magów był już dorosły, lecz nie w jego małym, kochanym mieście. Od poznania wielkiej tajemnic minęły trzy lata. Przyzwyczaił się już do swojego pochodzenia i pogodził się ze swoim przeznaczeniem.
Teraz leżał z zamkniętymi oczami, lecz z w pełni rozbudzonym umysłem, po raz kolejny rozmyślał o swoim życiu. O tym kim jest i o pewnej przepowiedni. Widział w pamięci stare karty z połyskującymi literami układającymi się w słowa zapisane w Złotej Księdze. Był taki bezsilny, jego przyszłość była zapisana w księdze już tysiące lat wcześniej. Był oburzony tym, że to właśnie ON, zwykły potomek rodu królewskiego był wyznaczony. Tysiące książąt było przed nim, ale żaden inny, tylko on. To od niego miało zależeć czy Diatribia upadnie, czy też wzniesie się ponad chwałę. Wiedział, że jego czas się zbliża... że nadejdzie. Przypomniał sobie słowa rodziców, mówiących o zagrożeniu jakie go czeka. Chwilę później jednak przypomniał sobie o miejscu w którym się wychowywali, w którym żyli długie lata. Do czasu wielkiej Bitwy Demonów. Rodzice, dla Marcusa - Filip i Irene - wciąż byli tatą i mamą, nie mógł przełamać się i myśleć o nich w kategoriach król, królowa, choć próbował; zabrali małego spadkobierce tronu do świata gdzie nie ma magii, nie ma potworów zagrażających rodzinie królewskiej. Miał rok gdy bitwa się rozpoczęła.
Dziś, piętnaście lat później - książę, który miał być stracony razem z całym królewskim rodem, leżał wygodnie na łóżku spokojnie oddychając i rozmyślając. Znów spojrzał na zegarek. Ósma rano. Nagle, zorientował się, że kolega, który jeszcze dwie godziny wcześniej spał obok na podłodze, znikł. Marcus widocznie tak się zamyślił, że nawet nie zauważył ruchu obok siebie.
- Stary, wstawaj, lecim na śniadanie! - do w pokoju wpadł, ów znikający kolega. Marcus poderwał się z łóżka i założył na goły tors jakąś koszulkę. Spodenki z dziwnego materiału szeleściły z każdym jego ruchem co było irytujące, ale chłopak nie zwracał na to uwagi.
- Nieźle wczoraj było, nie? - zagadnął brunet kolegę siedząc już przy stole.
- Tak, prawda... Daliśmy czadu, ale przecież należało się... mieliśmy co świętować - blondyn wyszczerzył białe zęby, po czym z zapałem włożył przygotowaną wcześniej kanapkę do ust i popił sokiem.
- Za rok też mam urodziny, nie martw się - zażartował Marcus - zjem śniadanie i lecę na chatę, rodzice pewnie już teraz wyrywają sobie włosy z głowy - brunet był w wyśmienitym humorze. Głowa trochę bolała, ale to normalnie po tym co działo się poprzedniego wieczoru.
Rodzice blondyna wyjechali na jakąś delegacje z pracy, a okazja nie była byle jaka. Urodziny Marcusa, najlepszego przyjaciela blondyna, no i na dodatek Halloween, przebrania były obowiązkowe. Niedługo po rozpoczęciu imprezy przebrania, ani jakiekolwiek ubrania nie były już potrzebne. Wszyscy goście przybyli i składali jubilatowi życzenia. Prezenty, przede wszystkim najróżniejsze trunki, został już w większości wykorzystane. Teraz, dom był już posprzątany i wszystko było na swoim miejscu. Marcus nie pamiętał, by się do tego przykładał, ale cieszył się, że teraz nie musi tego robić.
- Ty... wiesz w ogóle kto posprzątał? Ja chyba odleciałem... - zaśmiał się blondyn.
- Nie mam pojęcia.. pewnie dziewczyny, wiesz jakie one są - oczy Marcusa zaświeciły na myśl o tych pięknych, wystrojonych koleżankach które przyszły poprzedniego wieczoru. Sam chłopak też był niczego sobie. Wysoki, dobrze zbudowany, z wielkimi niebieskimi oczami kontrastującymi z czarnymi włosami. "Kawał ciacha" jak o nim mówiono w społeczności żeńskiej. On jednak nie interesował się dziewczynami na poważnie. Nie szukał dziewczyny, z jednej strony dlatego kim był, a z drugiej po prostu nie znalazł nikogo odpowiedniego.
- Tak, wiem... Ale dobrze się bawiłeś? Bo w końcu to było pierwszą zasadą tej imprezy - powiedział blondyn - Marcus Mably, szesnastolatek! Ma się dobrze bawić! - wyrecytował wciąż szczerząc się do przyjaciela.
- Edwardzie Curson, Marcus Mably bawił się wyśmienicie! - brunet również wyrecytował podniosłym tonem zdanie, a potem wybuchł śmiechem. Chłopcy, wesoło rozprawiając o poprzednim wieczorze zjedli śniadanie, a Marcus poszedł na piętro doprowadzić swoją osobę do porządku.
Po tych czynnościach przyjaciele pożegnali się i Marcus ruszył do domu. Nie było to daleko, wprost po drugiej stronie ulicy. Marcus zastanawiał się przez chwilę, dlaczego nie wrócił w nocy do domu, ale po chwili genialna odpowiedź nawiedziła jego umysł. Gdyby rodzice zobaczyli go w jakim był stanie miałby szlaban do końca życia, a tego bardzo nie chciał.
Marcus, będąc już pod dobrze znanymi drewnianymi drzwiami, otworzył je po woli. Było cicho. Zastanawiał się czy może wszyscy jeszcze śpią, ale było to niedorzeczne. Była już dziewiąta godzina, wszyscy w rodzinie Mably'ch wstawali o świcie. Taki zwyczaj jeszcze z Diatribii. Podobno tam, wszyscy którzy mogli zobaczyć wschód słońca codziennie go oglądali. Rodzice mówili, że był cudowny, ale w żaden sposób nie mogli wyjaśnić tego zjawiska. Trzeba było samemu się przekonać o czym mowa. Chłopak idąc korytarzem zastanawiał się nad jeszcze jedną możliwością. Jego rodzina mogła wyjechać niespodziewanie na zakupy i miał taką nadzieję. Tylko dlaczego nie dali mu znać i nie zamknęli drzwi. Idąc jasnym korytarzem przechodził właśnie koło łukowego wejścia do salonu. Spojrzał w tamtą stronę i serce w nim zamarło. Wyprostował się i stał osłupiały przez chwilę, a potem jak na komendę rzucił się do pokoju.
Dwa ciała leżały na podłodze. Twarzami odwrócone do siebie ich ręce, wyciągnięte ku sobie stykały się opuszkami palców. Król i królowa, magicznej krainy, Diatribii - nie żyją. Syn rzucił się ku nim i klęknął w kałuży krwi otaczającej martwe ciała. Oczy zapiekły go straszliwie, a serce jakby przestało bić.
W głowie błąkało się tylko jedno pytanie.
Jak to możliwe? Nie minęła chwila a do głowy Marcusa uderzyła kolejna fala tych zabójczych zagadnięć. W tej chwili chciał być niczym. Stracił rodziców, co teraz pocznie... nic ich nie wskrzesi. Dlaczego oni.
Marcus klęczał pomiędzy ciałami, w kałuży krwi która była wszędzie. Dwie różdżki, szara i brązowa, leżały porzucone pod stolikiem. Ciała były odziane jeszcze we wczorajsze ubrania, więc TO musiało się stać poprzedniego wieczoru, gdy on wyszedł.
Marcus, cały umorusany krwią rodziców zarzucił głowę do tyłu przypominając sobie o czymś. Podskoczył na równe nogi i wybiegł z salonu na korytarz. Za sobą pozostawiał czerwone ślady, które dodawały mu sił.
Schodami do góry...
- Gloria! Gloria! - nawoływał, lecz odpowiedziała mu martwa cisza. Przeszukał wszystkie pokoje, cały dom postawił na głowie... dwunastoletniej brunetki nigdzie nie było. Nie miał pojęcia co się mogło z nią stać. Nie chciał myśleć o najgorszym. Serce mówiło mu, że najgorsze jeszcze nie nadeszło, rozsądek jednak, był innego zdania. Nie wybaczyłby sobie, gdyby coś się stało jego kochanej siostrzyczce. Marcus stał w korytarzu na piętrze i intensywnie myślał. Zakrwawione ubranie przylgnęło do jego ciała, w oczach była pustka. Gorączkowo zastanawiał się dokąd może się udać, by odnaleźć siostrę.
Nagle, usłyszał szum dochodzący z dołu. Rzucił się do schodów, a adrenalina zaczęła buzować w jego ciele. Bał się, a jednocześnie był zdecydowany, by stawić czoła temu, co wydaje dziwne dźwięki. Zmysł doprowadził bruneta z powrotem do salonu. To co zobaczył zupełnie odjęło mu mowę, a jego władza nad ciałem całkowicie zanikła. W pustym koncie dużego pomieszczenia pojawił się jasny krąg. Był duży i jakby wypełniony wodą, lecz ta nie spływała, lecz jakby falowała połyskując przy każdym ruchu. Marcusowi wydało się to niesamowite, na chwilę zapomniał o złości i goryczy jakie nim rządziły i zaciekawił się zjawiskiem. Okrąg wiszący w powietrzu nie powiększał się już, zajmował cały kąt jasnej ściany. Brunet zbliżył się do zjawiska i już chciał dotknąć dziwnej materii wypełniający krąg, gdy coś wyskoczyło ze środka. Marcus cofnął się o kilka kroków przerażony i potknął się o stolik. Zachwiał się i znów wylądował w kałużach krwi. To przypomniało mu o postanowieniu. Jego wzrok napotkał dwie różdżki leżące po stolikiem. Złapał jedną z nich i wstał szybko. Wyprostował rękę i rozglądał się po pomieszczeniu. Krąg wciąż wisiał nad podłogą tak samo połyskując i przywołując do siebie bruneta. Ten jednak, oparł się uczuciu i spostrzegł ruch przy martwych ciałach. Spojrzał w dół i zobaczył coś, co było odziane w czarną pelerynę klęczące przy rodzicach Marcusa.
- KIM JESTEŚ?! - ryknął celując różdżką w stwora. Długie palce przybysza chwyciły materiał kaptura okalającego głowę. Zdarł go szybkim ruchem ukazując ładną buzię kobiety o rudych włosach. Jej złote oczy przenikliwie świdrowały Marcusa, aby następnie zapłonąć szczęśliwymi ognikami.
- Panie... - zaczęła kłaniając się przed brunetem.
- C-co? Kim jesteś? Gadaj albo zginiesz! - krzyknął wciąż celując w kobietę. Serce biło mu jak oszalałe, miał mętlik w głowie. Gdyby kobieta chciała go zabić z pewnością uczyniłaby to już dawno. Skąd wiedziała o jego pochodzeniu. Samo pojawienie się jej w tak dziwnych okolicznościach było co najmniej nadzwyczajne. Brunet, jednakże czuł, że to dopiero początek.
- Marcus... wiem! Przybyłam za późno, zostałam zaatakowana. - tu zrobiła pauzę i spojrzała w dół jakby chciała skarcić siebie w duchu. - Nie mamy wiele czasu, zaraz pojawią się tu demony... Szybko książę, musimy iść - kobieta wstała, przez co kaptur osunął się całkowicie z jej głowy ukazując rude loki upięte w niedbały splot. Marcus nic nie rozumiał, opuścił już różdżkę, lecz wciąż nie chciał ufać przybyłej. Trafiły do niego jednak jej słowa o wrogach, którzy niedługo mieliby się pojawić.
- Skoro ktoś ma po mnie przyjść, to z chęcią stawię mu czoła! Zapłacą za śmierć rodziców i odzyskam siostrę! - krzyknął. Adrenalina buzowała w jego ciele, a on sam nie miał najmniejszego zamiaru ruszać się z domu. Kobieta patrzyła na niego błagalnym wzrokiem, było w niej coś co mówiło chłopcu o tym, że nie mogłaby być złą osobą. Przez chwilę stali w milczeniu, do Marcusa dochodził powoli sens wypowiedzianych przez kobietę słów. Wybuchł trochę za wcześnie, nie w pełni świadomie.
- A więc, jednak mała Gloria się urodziła. - szepnęła kobieta bardziej do siebie niż do Marcusa - ale... ale nie czas na pogaduszki - jej głos nabrał siły - musimy z tąd jak najszybciej uciekać, dla naszego bezpieczeństwa. Oni już tu zdążają - tym razem, rudowłosa spojrzała na rozmówce i wyciągnęła ku niemu swą dłoń. - zaufaj mi... byłam przyjaciółką twoich rodziców.
- A-ale... daj mi dowód. - wybełkotał zdezorientowany chłopak, myśląc o tym wszystkim co przeżywa.
- Mam list, od twojej mamy... Odezwała się po piętnastu latach ciszy - wyjęła spod peleryny dłoń w której znajdowała się złożona kartka. Podała ją chłopcu. Ten chciał zacząć czytać, ów list, lecz rudowłosa go powstrzymała. - nie teraz, musimy uciekać. Zabiorę cię do Diatribii, tam będziesz bezpieczny - na te słowa oczy Marcusa zapłonęły, choć nie tym samym płomieniem, jakim świeciły jeszcze rano.
- Zgoda... ale muszę wziąć kilka rzeczy... - zaczął, ale kobieta pokręciła głową.
- Nie mamy czasu na pakowanie, wszystkie potrzebne rzeczy będziesz miał w naszej krainie.
- Nie! Nie chodzi mi o ciuchy i tym podobne... mam na myśli Złotą Księgę - zawołał i przeskoczył z ogromnym bólem serce przez kałużę krwi pochodzącą z ciał. Pobiegł szybko do pokoju, a za nim rzuciła się kobieta. Jej ogniste włosy rozwiewało mącone powietrze, przez które się przedzierali. Marcus otworzył szarpnięciem drzwi na poddaszu i po chwili pojawił się w jednym z kątów pokoju. Przyłożył obie dłonie do dwóch złączonych ze sobą, jedną linią, ścian i zamknął oczy. Zaczął mamrotać pod nosem, a po chwili że ściany wyskoczyła ta sama stara księga, którą po raz pierwszy, chłopak ujrzał, trzy lata temu. Przypomniał sobie wszystko na nowo, i chociaż często studiował starą lekturę to w tym momencie coś mu mówiło, że po raz ostatni widzi ją w tym miejscu.
- P-potrafisz... ją otworzyć? - wyjąkała rudowłosa patrząc na poczynania chłopaka, a w jej oczach czaił się strach. Marcus spojrzał pierw na nią, a potem na księgę. Wiedział dlaczego kobieta tak zareagowała. Dokładnie tak samo jak jego rodzice, gdy otworzył księgę kciukiem. To był kolejny dowód, że kobieta bała się o niego i chciała dla niego dobrze. O Złotej Księdze w krainie magii wiadomo było bowiem tylko tyle, że ten kto potrafi otworzyć ową księgę, umrze. Przez tysiące lat od powstania księgi tylko ta jedna jedyna informacja przetrwała razem z pismem. Gdy pewnego popołudnia trzynastoletni chłopiec otworzył księgę, poznał prawdę, nie tylko o śmierci, ale i o życiu jakie będzie toczył. O życiu pełnym walki i cierpień. Marcus przygotowywał się do swojej roli przez trzy lata, na więcej czasu los mu nie pozwolił. Tego dnia musiał zacząć swoje życie od nowa, by stawić czoła przeciwieństwom jakie rzucało życie.
W chwili opuszczenia swego ukochanego domu, młody książę powziął trzy żelazne cele, którymi postanowił się kierować. Marcus Mably musiał, według swojego sumienia, odzyskać siostrę, pomścić rodziców i w końcu wypełnić swoją przepowiednię. Brunet już nigdy nie miał zaznać spokoju w którym wychowywał się przez szesnaście długich lat.
* * *
Oto i kolejna część xD Długo ją pisałam... no i musiała dwa razy przepisywać na kompa... wrr... Ale mam miłą informację, iż jestem o rozdział do przodu, czyli, że dodam następną część gdzieś za jakiś czas xP Chętnych do bycia informowanym o nowościach proszę o wpis do księgi!!! Serdecznie pozdrawiam i zapraszam do komentowania xD
komentarze [10]Rozdział 1 - "Magiczne urodziny" >> wtorek, 4 marca 2008 22:15:53
Wietrzny i deszczowy dzień zawitał do małego, lecz uroczego miasta na południu pewnego kraju. Długa, betonowa ulica ziała pustką tego popołudnia, a ostatnie liście z drzew już dawno opadły na zieloną trawę.
Domy leżące na swoich działkach, schludne i bogate, teraz ozdobione były pajęczynami i dyniami. Tego dnia wszystkie upiory wstawały z grobów. Przez amerykanów nazywano ten dzień Halloween, przez europejczyków Noc Duchów. Moc jaką to święto dawało udzielało się każdemu miejscu, każdemu skrawkowi powierzchni w tym małym mieście.
Młody chłopiec o włosach czarnych jak smoła szedł ładnym chodnikiem co chwilę włażąc na trawniki rosnące obok kamiennych płyt. Uśmiechał się do siebie i spoglądał co chwilę na wystroje domów. Była to bogata dzielnica w małym mieście nad morzem. Chłopak uważał się za szczęściarza skoro urodził się w tym miejscu, kochał je. Nie wiedział czy kiedyś wyjedzie, chciał tu żyć, przeżywać chwile szczęścia i smutku, ale tylko w tym miejscu. Jego małe miasto, które tak dobrze znał.
Zaczęło kropić na co chłopiec założył kaptur zielonej bluzy na głowę i pośpieszył w kierunku jednego z domów. W parę sekund rozhulała się prawdziwa burza.
Chwilę później chłopiec szedł szybko po ładnym, również w tej chwili wystrojonym w świąteczne ozdoby, ganku zostawiając za sobą mokre ślady. Otworzył duże, ze zdobieniami w drewnie, drzwi i szybko wszedł do środka.
- Wszystkiego najlepszego! - Ktoś krzyknął za plecami chłopca w przedpokoju. Ten szybko się obrócił i ujrzał swoją młodszą siostrę, na której twarzy malował się wielki uśmiech, a w oczach jarzyły się wesołe iskierki. Brunet również się uśmiechnął i podszedł do dziewczynki.
- Dzięki Gloria! Ty już swoje urodziny chyba miałaś... tak? - zaczął się droczyć chłopiec.
- Oczywiście, że miałam! I na dodatek dostałam od ciebie porcelanową lale! Nie mów, że nie pamiętasz! - Jej oczy w tej chwili posmutniały, ale uśmiech wciąż gościł na jej ustach.
- Hmm... zastanowię się... - Młodzieniec uśmiechnął się, co było znakiem dla siostry, że tylko żartował. Dziewczynka na to wystawiła język i szybko pobiegła po drewnianych schodach na piętro. Chłopak odprowadzając ją wzrokiem położył czarny plecak pod jedną ze ścian i udał się w głąb domu, w stronę kuchni. Jego mama zawsze tam była. Zawsze coś kuchciła, myła lub robiła porządki w szafkach wiszących na morelowych ścianach. I tym razem tak było, czarnowłosa piękność krzątała się po kuchni coś gotując. Długie loki opadały jej na plecy odziane w kremową bluzkę. Spojrzała przez ramię, stojąc nad tacką i krojąc pietruszkę, gdy usłyszała kroki, a gdy ujrzała syna uśmiechnęła się perliście. Chłopiec spojrzał w orzechowe oczy matki, które były tak nie podobne do jego oczu. On swoje odziedziczył po ojcu. Błękitna toń w której zawsze szalały szalone iskierki. Po mamie miał kształtne usta, które zmysłowo się układały z każdym słowem wypowiadanym przez niego. Mimo, że dodawały mu dziewczęcej niewinności, to również uroku, któremu trudno było się oprzeć.
- Witam mojego prawie dorosłego synka - zażartowała kobieta wracając do krojenia warzywa.
- Ha ha ha, bardzo śmieszne... jeszcze trochę i będę dorosły! Zobaczysz! - odciął się, lecz po chwili uśmiech sam wrócił mu na usta.
- Oczywiście, ale mimo wszystko zawsze będę cię kochać... wszystkiego najlepszego kochanie... - czarnowłosa piękność skończyła kroić pietruszkę i podeszła do syna, aby następnie przytulić go do siebie i pocałować. - Jesteś cały mokry - stwierdziła odsuwając chłopca na długość rąk.
- Pada - rzuciła i wyszedł z kuchni. Przebierając się w pokoju w suche ciuchy słyszał ojca, który wrócił już do domu po ciężkim dniu pracy. Zbiegł po schodach i udał się znów do kuchni. Tam zastał przytulającą się parę.
- Proszę! - zawołał z nutką sarkazmu w głosie na widok rodziców - nie tak oficjalnie! - zaśmiał się widząc jak rodzice odskakują od siebie słysząc znajomy głos.
- Zamiast nas upominać lepiej nakryj do stołu, zaraz obiad - odezwał się ojciec. Był wysokim, średniej postury mężczyzną. Jego jasne błękitne oczy kontrastowały z czarnymi włosami przeczesanymi na bok. Jak starszy polecił, tak młodszy zrobił, choć trochę się na początku ociągając. Kilka minut później czteroosobowa rodzina, chomik Glorii, zamknięty w klatce, nie mógł udać się do stołu, jadła obiad opowiadając sobie o wieściach z życia. Po posiłku najmłodsza z rodziny pobiegła bawić się do koleżanki, a reszta skierowała się do salonu. Chłopiec, który obchodził swoje święto podczas święta duchów i upiorów, wiedział, że rodzicie mają dla niego jakiś prezent. Zżerała go ciekawość co też mogliby mu kupić, ponieważ w tym roku postanowił o nic nie prosi. Miał kilka typów, ale niczego nie mógł być pewien, jego rodzina wręcz słynęła z nieprzewidywalności. Gdy już rozsiedli się w salonie, młodzieniec spoglądał wyczekująco na rodziców, ci jednak tylko usiedli, lecz na przeciwko syna.
- Marcusie Mably - zaczął tata chłopca patrząc w oczy dziecka. Młodzieniec przeraził się oficjalnym tonem ojca, jeszcze chyba nigdy się tak do niego nie zwracał. Pan domu, widząc to, poprawił się trochę - Marcusie... - powiedział już cieplej, lecz stanowczo.
- S-słucham? - głos chłopca drżał, a serce przepełniała groza połączona z chorą ciekawością.
- Musimy, razem z Irene... twoją matką - znów się poprawił mówiąc - coś Ci wyznać... - na te słowa Marcus odczuł chłodne ukłucie niedaleko miejsca gdzie znajdowało się serce. Co też za tajemnice kryli przed nimi rodzice, którą akurat teraz chcieli wyjawić. Nie miał pojęcia co się mogło stać. W chwili, gdy zapadła martwa cisza pozwalająca na szybkie przemyślenia, ojciec Marcusa wyjął z wewnętrznej strony ciemnej, prążkowanej marynarki długi patyk. Marcus na ten widok wytrzeszczył jeszcze bardziej oczy. Przez głowę przemknęła mu głupia myśl, że możliwe jest jeszcze większe zdziwienie.
O co tu chodzi? Zastanawiał się czy to nie żart, ale wiedział, że ojciec nie ma talentu do gry aktorskiej, a to co teraz wyprawiał było naprawdę przekonujące. Filip, bo tak pan domu miał na imię, trzymał w ręce szary patyk, drogo zdobiony. Gdyby dobrze się przyjrzeć, można było zauważyć małe, wyryte znaczki, które były od siebie zależne. Mężczyzna machnął patykiem, a na niskim stoliku między rodzicami a synem pojawiła się stara księga, bogato zdobiona, ze złotym zamkiem. Dziurka, która zapewne była na klucz, wydawała się zniekształcona. Wyglądała jak odcisk kciuka w złotym zamku przy końcu okładki.
Marcus poderwał się z miejsca co raz bardziej zirytowany tym czego nie rozumie.
- O co chodzi? Co ty zrobiłeś? Co to jest?!... - miał setki pytań, które mnożyły się z sekundy na sekundę. Rodzice chłopca popatrzyli po sobie i kiwnęli nieznacznie głowami.
- Marcus... dziś są twoje trzynaste urodziny... Jesteś, mamy nadzieję, na tyle odpowiedzialny, że możesz dowiedzieć się o tym co jest twoim przeznaczeniem... - Ojciec Marcusa mówił powoli patrząc badawczo na syna. Na twarz chłopca wdarł się grymas przerażenia, naprawdę nie wiedział co o tym wszystkim myśleć.
- Jakie przeznaczenie?! O co ci chodzi? Mamo! Co się dzieje, dlaczego mówicie coś takiego?
- Jesteś czarodziejem! - Kobieta nie wytrzymała, nie lubiła owijać w bawełnę, dlatego też to jej mąż miał powiedzieć dziecku o jego zdolnościach. Nie wytrzymała jednak tych pytań błąkających się w głowie syna. Na słowa matki Marcus wybuchł śmiechem.
- Uff... dobrze, że to żart, bo bałem się, że zwariowałem i tego waszego poważnego tonu - chichotał chłopak spoglądając na rodziców - wiem, że dziś jest trzydziesty pierwszy listopad, ale już wyrosłem z przebierania się w czarodziejów i potwory - śmiał się jeszcze chwilę, lecz widząc niezmiennie poważne miny rodziców uspokoił się. Coś było nie tak, rodzice nigdy nie robili sobie takich żartów. Co raz trudniej chwytał się myśli, że to wszystko jest tylko dowcipem.
- Synu, to nie jest żart, jesteś magiem. Postanowiliśmy już dawno, że powiemy ci o tym dopiero w trzynaste urodziny, był byś bezpieczny. - Tym razem to ojciec zabrał głos, który lekko mu drżał. Bał się jak zareaguje jego syn na wieść o jego zdolnościach. Dobrze pamiętał podjętą kilka lat temu decyzje o uświadomieniu dzieci. Dobrze wiedział, że nimi są... Nie raz nie dwa dawali o tym znać. Jednak po przeprowadzce do tego niemagicznego świata postanowił z Irene nie wyjawiać za wcześnie sekretu rodzinnego. Ciarki go przeszły, gdy pomyślał o tym co mogłoby się stać gdyby ktoś niepowołany dowiedział się o tym kim są.
- Ale jak? Jak to możliwe? Kim ja jestem?! - Marcus wypowiedział te pytania wiedząc, że w kolejce są następne. Równie ważne i równie trudne.
- Nie jesteśmy takimi ludźmi jakich spotykasz codziennie na ulicach i w miejscach w których przebywasz. Pochodzimy z krainy pełnej magii i rzeczy o których nawet nie możesz sobie wyobrazić. - Mama Marcusa mówiła do syna podchodząc do niego i siadając z nim na skórzanej kanapie, stojącą pod ściana. - Spokojnie, mamy czas, wszystkiego się dowiesz, pierw musisz jednak wiedzieć, że nawet z pośród wszystkich czarodziejów coś cię wyróżnia - powiedziała ostrożnie, głaszcząc syna po ramieniu. Ten spojrzał na nią osłupiały, nie miał pojęcia co o tym myśleć. On czarodziejem? Z Jakiej okazji. I dlaczego właśnie On. Są miliony chłopców takich jak on, przynajmniej tak myślał jeszcze pół godziny wcześniej... Wszystko co raz bardziej stawało mu się obce. Jego kochane, małe miasto... Co z nim będzie... Czy będzie umiał w nim żyć, tak jak przez ostatnie lata?
- Słucham... proszę, powiedzcie mi wszystko! Chcę wiedzieć jak najwięcej o tym... o naszym świecie - spojrzał na mamę, potem na ojca. Na ich ustach pojawiły się uśmiechy ulgi. Wielki kamień spadł im z serc, wiedząc, że ich syn tak dobrze to przyjął. Marcus natomiast rozmyślając gorączkowo nad tym czego się dowiedział przed chwilą i jakie tajemnice kryje przed nim świat magii.
- Musimy ci jednak powiedzieć jeszcze coś. Nie jesteś zwykłym magiem, jesteś księciem rodziny królewskiej czarodziejów. Jesteś pierwszy do objęcia tronu - ojciec również podszedł do syna i usiadł obok. Marcusem wstrząsnęła kolejna informacja. On? Księciem? Władcą? Chyba much... Nie mógł w to uwierzyć.
- Co takiego? Ale... Ale skoro tak... Dlaczego, więc nie jestem w... Moim kraju? - te słowa z ogromną trudnością przeszły przez gardło młodego chłopca. Wciąż myślał o tym wszystkim... A może to sen? Jednak nie. Skoro dowiedział się tyle i miał pewność, że to prawda, chciał wiedzieć jeszcze więcej.
- Są pewne powody dla których opuściliśmy nasze miasto... nasz kraj, magiczny świat Diatribii. O tym ci jeszcze opowiemy... tymczasem - ojciec Marcusa schylił się po starą, złotą księgę - przyłóż tu kciuk - wskazał na dziurę w zamku. Marcus drżącą ręką złapał księgę i przyłożył kciuk prawej ręki. W chwili, gdy to zrobił księga rozbłysnęła oślepiającym światłem i otworzyła się. Unosiła się samodzielnie w powietrzu, co samo w sobie było magiczne. Marcus oderwawszy kciuk, przyglądał się rodzicom u których na twarzach malowało się przerażenie. Nie wiedział co zrobił. Myślał, że otworzenie się księgi to dobry znak i tak powinno być. Coś było jednak nie tak. Światło bijące od księgi zbladło na tyle, by przeczytać zapisane na starych kartach słowa. Rodzice Marcusa spojrzeli na syna, potem na siebie, a następnie na księgę.
- Jest pewna starożytna, magiczna przepowiednia... Jeszcze z czasów uciekinierów...
* * *
A o to i pierwsza nota z nowej serii ;) mam nadzieję, że się spodoba ;) Poprzednie rozdziały kasuję... pozdrawiam i zachęcam do komentowania. Drugi rozdział już w przygotowaniu ;)
komentarze [12]Zmiana >> piątek, 15 lutego 2008 23:15:50
A więc postanowione... Wolę zrobić to teraz niż później... mogłoby byś bowiem za późno... Postanowiłam, że zacznę pisać od początku. Zmienię prawie całkowicie fabułę, nazwiska, osoby i niektóre motywy czy wątki pozostaną. Długo nad tym rozmyślałam i stwierdziłam, że moja opowieść jedzie torami J.K. Rowling w sumie to bez mojej zgody. Gdy wymyślam kolejne historie myślę, że jest to jedyne w swoim rodzaju... lecz po tym gdy euforia opadnie widzę, że podświadomie wzoruje się na książce o Harrym Potterze (którą kocham ;) Tak więc mogę wam zdradzić, że nie będzie żadnej szkoły magicznej, ale bohaterów nie ominie nauka czarów ;) Mogę już teraz powiedzieć - abyście się przestawili (ten kto chciałby zostać i czytać dalej moje wymysły) - że Diatribia jest to miasto czarodziejów. Nie jest szkołą, lecz miastem. Na razie powiem tyle, jestem w trakcie pisania nowej noty, więc pojawi się już niedługo. Dziękuje za wszystkie poprzednie komentarze i liczę, że nowa wersja opowieści również na wasze słowa zasłuży. Pozdrawiam ;) Jeśli ktoś chce być powiadamiany proszę o zapis w Księdze ;)
komentarze [13]Zapowiedź >> piątek, 15 lutego 2008 16:51:48
Już niedługo nadejdzie coś... coś pełnego magii, ale to nie jest HP czy TH... to jest coś nowego... zapraszam do zagłębiania się ze mną w świat Czarodziejów, Elfów i Druidów... Już niedługo rozdział I "Marcus Mably"
komentarze [2]